IndeksIndeks  PortalPortal  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

 

 Nuzlocke z trochę innej strony

Go down 
AutorWiadomość
Vi
Admin
Vi


Join date : 28/09/2020
Liczba postów : 2932
Age : 27
Region : Kraj Ognia
Starter : Vulpix "Senzu"
Profesja : Trenerka/Mag Ognia

Nuzlocke z trochę innej strony Empty
PisanieTemat: Nuzlocke z trochę innej strony   Nuzlocke z trochę innej strony Empty2021-10-22, 16:08

W tym świecie prawdą jest tylko jedna zasada. Zabić lub zginąć. Nie liczy się nic innego. Wszystko sprowadza się do bezlitosnej walki o przeżycie.

To nie jest proste. Nie, kiedy jesteś Abrą, której jedynym atakiem jest... ucieczka. Myślałem jednak, że mi to pomoże. Że teleportacja to jedyne wyjście. I był to świetny plan do czasu, kiedy spotkałem ją.

Mieszkałem wtedy na Route 24. Unikałem spotykania innych form życia. Nie zamierzałem brać udziału w bezsensownych walkach, i choć byłem porywczy, to i tak nie miałem żadnej formy obrony. Moja jedyna zdolność, Teleport, pozwalała mi tylko znikać w razie niebezpieczeństwa. A i tak nie było to wystarczające, gdy spotkałem... Ją. Nie była jak inni trenerzy, których spotykałem. Wyglądała na już doświadczoną śmiercią. Przez ułamek sekundy poczułem jej ból.

I to mnie zgubiło. Nie zdążyłem użyć Teleport. Nie zdążyłem nawet zorientować się, że w moją stronę leciał pokeball. Nie minęło parę sekund, a stałem się kolejnym pionkiem w walce na śmierć i życie... właściwie w imię czego? Chorej ambicji mojej trenerki? Tak, chyba tak.
Miała na imię Vi. Jej pokemony, Bulbasaur o imieniu Tulip, Butterfree Bulma, Magikarp Pina, Zubat Sound i Mankey nazwany Dedrys. Mi nadał imię Grind. Nie wiem, co w tym zabawnego, ale śmiała się, gdy mi o tym mówiła. Czyżby była psychopatką?

Nie byłem świadkiem pierwszych dwóch śmierci. Tulip opowiedział mi o tym, jak bezsensowna była jedna z nich. Ot, critical hit, kiedy pokemony ćwiczyły w plenerze. Młody, niedoświadczony Pidgey z imieniem Noot nie wytrzymał presji. Nie zdołał zrobić uniku. Był pierwszy. Niedługo potem dziewczyna złapała Spearowa. Nazwała go Miracle. Do tamtej pory cały jej team miał ogromną wadę - każdy jego członek był słaby na typ latający. Nie było z nimi jeszcze Sound, a Pina jako Magikarp nie mogła zbyt wiele zrobić. Vi wszystko złożyła na barkach małego Spearowa. Nie sądziła jedynie, że jej przeciwnik będzie o wiele silniejszy. W długiej, nużącej walce młody Spearow złożył swoje życie, by inni mogli dokończyć dzieła, które on zaczął. By mogli dotrzeć do mnie, jak to powiedziała Vi, największej nadziei tego przedsięwzięcia.

I tak zaczęło się dla mnie nowe życie. Nie mogę powiedzieć, żeby o mnie nie dbali - Vi starała się, żebym miał wszystko, czego potrzebowałem. Patrzyłem, jak inni walczyli, zbierając doświadczenie. Nigdy nie byłem wystawiony na atak. W końcu nie mogłem się nawet bronić, a ucieczka nie wchodziła w grę, od kiedy więził mnie ten pokeball. Ewoluowałem w Kadabrę, nauczyłem się pierwszego ruchu - Confusion. To było gdzieś na drodze do Vermilion City. Razem ze mną ewoluowała Pina, i oboje staliśmy się podwalinami nowego zespołu marzeń. Tulip ewoluował jeszcze przed nami - tuż przed wodnym Gymem. Sound udało się to dopiero między Vermilion a Diglett Tunnel. Wtedy też po raz pierwszy widziałem czyjąś śmierć.

Mankey nie miał szans w tym starciu. Było to już po wydarzeniach na statku. Doświadczeni, coraz silniejsi i coraz bardziej pewni siebie udaliśmy się w stronę Diglett Tunnel, by zdobyć ziemnego pokemona, który mógłby pomóc nam pokonać Lt. Surge'a. Tch, jakby moje umiejętności i psychiczne moce nie wystarczyły. No, ale Vi uparła się, więc poszliśmy tam. Jako, że Dedrys miał najmniej doświadczenia z nas wszystkich, Vi postanowiła najpierw wyszkolić go w walce z trenerami nieopodal tunelu. Niestety, zakończyło się to dla niego... niezbyt ciekawie. Z przerażeniem patrzyliśmy, jak Magnitude powoli miażdży jego wolę walki. Próbował uciekać, było jednak zbyt późno. Po chwili nie pozostało już nic, co moglibyśmy zrobić.

Było... za późno.

Myślę, że Vi do tej pory nie otrząsnęła się z tego wydarzenia. Gdyby mogła przewidzieć, jak silne będzie to Magnitude, z pewnością wysłałaby do walki Sound, który po prostu ruszyłby w powietrze. Niestety, tak się nie stało. Jednak ruszyliśmy dalej, a zastępcą dla Dedysa został Diglett Nagli. Buterfree Bulma wylądował w boxie, jednak niedługo to miejsce było wolne. Machop Trans zajął ostatni slot w drużynie i znów... byliśmy silni.

A przynajmniej tak nam się wydawało. Niewytrenowany i nierozważny z natury Trans pozwolił bardzo szybko, by jego życie zgasło. Ponownie była to wina uderzenia krytycznego, ale też głupoty Vi. Jej zbytniej pewności siebie. W końcu tworzyliśmy jej dream team, co nie?

Miejsce po jego śmierci długo pozostawało puste. Jakimś sposobem dziewczynie udało się ewoluować mnie ponownie i tak, tuż przed Lavender Town, stałem się Alakazamem. Podporą drużyny, pokemonem zawsze zdolnym do uratowania innych. W trudnej sytuacji stawałem do walki, ratując innych. Nie zliczę ile razy ocaliłem Tulipa i Pinę z walki, której nie mogli wygrać. Gyaradosy nie miały szans z moim Shock Wave, Machampy klękały przed Psychic, nawet inne psychiczne pokemony nie mogły oprzeć się sile mojego Thief. A gdy ja byłem w potrzebie, zawsze mogłem liczyć na Recover. Byłem niezwyciężony.

Między Lavender a Celadon nasz zespół powiększył się o Vulpixa imieniem Senzu. Wyglądał tak młodo, tak niewinnie, ale był sprawcą masowego pokebójstwa pokemonów trawiastych u Eriki. Byłem z niego taki dumny. Vi znów poczuła się pewna tego, że zwyciężymy.

Zbyt pewna.

To... stało się w miejscu, w którym nikt nie spodziewał się, że stanie się cokolwiek złego. Byliśmy potęgą, każde z nas miało już około 40 poziomu. Żadne z nas nie spodziewało się problemów ze strony zespołu R. Tak, tych patałachów, którzy wiecznie zbierali ode mnie cięgi z powodu uwielbienia do pokemonów psychicznych. A jednak stało się. Dugtrio ledwo już trzymał się na nogach. Niepewna tego, co ma zrobić, Vi wysłała do walki mnie, sądząc, że moja szybkość i siła pomogą jej pozbyć się kolejnego przeciwnika. Nie spodziewałem się, że Hypno będzie ode mnie szybszy. On chyba też nie. Wyglądał na zdziwionego, kiedy jego Cinfusion spowodowało u mnie zanik równowagi. Zdziwienie jednak zostało starte z jego twarzy, kiedy moje Thief pozbawiło go życia.

Nie był pierwszym pokemonem, który zginął z mojej ręki. Był jednak ostatnim i to jego zdziwione, pełne bólu spojrzenie zapamiętałem najlepiej. Bo to, co stało się potem, było następstwem mojego skofundowania. I głupoty Vi.
Powinna wycofać mnie do pokeballa. Powinna pozwolić mi odzyskać wewnętrzną równowagę, dać odpocząć, a dopiero potem wystawić do kolejnych walk. Powinna dbać o mnie tak, jak dotychczas. Zamiast tego wybrała ryzykowne zagranie i pozostawiła mnie na polu walki. Nie wiem, czy się dziwiłem. Wszystko było zamazane. Jakby ktoś przejechał mi mokrą, brudną ścierą po umyśle. Podejrzewam, że ani ona, ani ja nie myśleliśmy jasno. Pina, Tulip, Sound, Senzu... Wszyscy byli zmęczeni niekończącymi się walkami i tylko ja miałem niemal pełne zdrowie. Byłbym w stanie zrozumieć tą decyzję... Ale... Ale to doprowadziło do upadku.
Kolejnym i ostatnim przeciwnikiem był Electrode. Byłem szybszy. Powinienem był go zabić. Ale nie potrafiłem. Spojrzałem w jego oczy i zobaczyłem w nich nienawiść. Uczucie tak silne, że stałem tam jak sparaliżowany. Jego trener kazał mu użyć Sonicboom, jednak ten przerośnięty Polandball wiedział, że nie będzie to wystarczające, by mnie zabić.

A tylko tego pragnął. Chciał mojej śmierci, nawet, jeśli poniosłoby to za sobą jego własną. On i ta Hypno byli złączeni na poziomie, którego nie byłem w stanie zrozumieć. Poraziło mnie to.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, co ja właściwie robię. Chcąc zadowolić kogoś, kto mnie zniewolił, mordowałem inne, niezliczone pokemony. Pozwalałem im zginąć, nie czując z tego powodu niemal żadnych wyrzutów sumienia. Zabijałem przyjaciół, rodziny, nawet dzieci... I po co to wszystko? By potem, na starość, Vi mogła pochwalić się tytułem mistrza? A może cel, jaki sobie postawiła był poza moim rozumowaniem?
Zamknąłem oczy. Postanowiłem, że to nie ona narzuci mi, jak się to dla mnie skończy. Zasługiwałem na to. Electrode mógł mi dać to, czego naprawdę potrzebowałem.

Ucieczkę. Po raz ostatni spojrzałem w jego oczy i widziałem w nich, że rozumiał. Już nie spoglądał z nienawiścią, teraz w jego wzroku widziałem współczucie. I zrozumiałem. On również został w to wciągnięty wbrew swojej woli. Oboje mogliśmy być wolni. Zobaczyłem, jak z jego ciała uwalnia się światło... A potem nie widziałem już nic.

Ja, Alakazam Grind, byłem wolny. I mogłem mieć jedynie nadzieję, że wolność czeka każdego innego pokemona, którego Vi zniewoliła i zmusiła do walk. Oni jeszcze nie zdawali sobie z tego wszystkiego sprawy. Z tego, że walka nie zawsze jest rozwiązaniem. Że uciekanie może być sposobem. Że bycie Abrą nie oznacza słabości. Może i moje życie było bezbarwne i pozbawione tego dreszczyku emocji... Ale przynajmniej żyłem.

A teraz jestem martwy. I wiecie co? Również szczęśliwy. Ponieważ tu, gdzie trafiłem, odnalazłem tych wszystkich, którzy również zostali poświęceni. I żadne z nas, już nigdy, nie będzie musiało walczyć przeciwko sobie...

_________________

Od Kitsune na urodziny :3


Koori
Powrót do góry Go down
 
Nuzlocke z trochę innej strony
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Nuzlocke - Story of Kanto

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pokemon Lagoon :: Hyde Park :: O Wszystkim i Niczym :: Nasza Twórczość-
Skocz do: